Deprecated: Assigning the return value of new by reference is deprecated in /home/otwarte/public_html/pkd-net-pl/wp-includes/cache.php on line 36

Deprecated: Assigning the return value of new by reference is deprecated in /home/otwarte/public_html/pkd-net-pl/wp-includes/query.php on line 21

Deprecated: Assigning the return value of new by reference is deprecated in /home/otwarte/public_html/pkd-net-pl/wp-includes/theme.php on line 540
PKD.pl » biznes

Nowe przepisy BHP uderzą w małe firmy

Data: 7 stycznia 2009. Autor: admin.
Kategoria: biznes, budownictwo.

Od 18 stycznia każdy pracodawca - nawet taki, który zatrudnia tylko jedną osobę - musi wyznaczyć pracownika odpowiedzialnego za ochronę przeciwpożarową, ewakuację i udzielenie pierwszej pomocy.

Problem w tym, iż zgodnie z przepisami o ochronie p.poż., taka osoba musi posiadać odpowiednie kwalifikacje: co najmniej średnie wykształcenie oraz ukończone szkolenie na inspektora ochrony przeciwpożarowej. Kosztuje ono obecnie 1,2 tys. zł. Oznacza to, że firmy, zmuszone sprostać nowym wymogom, poniosą ogromne koszty. A za nieprzestrzeganie przepisów dotyczących bhp grozi im kara do 30 tys. zł.

Żródło: PAP

Komentarze

Wally Olins: Ludzie od marketingu nie mówią prawdy

Data: 11 lipca 2008. Autor: admin.
Kategoria: biznes, branding.

Chce pan terenowca, bo ma rodzinę i teściów w miejscu, gdzie trudno dojechać? Tak naprawdę w ogóle pan nie potrzebuje tego cholernego terenowca. Chce pan jeździć nim po Warszawie i pokazywać wszystkim, jaki to piękny ma pan samochód - mówi światowy guru marketingu

Vadim Makarenko: W 1994 roku powiedział Pan w wywiadzie dla dziennika “The Times”: “Dni, w których jedyną rolą korporacji było robienie pieniędzy, już się skończyły. Firmy stały się zbyt mocne. Następnym i nieuniknionym krokiem jest nagłaśnianie swego punktu widzenia”. Czy wciąż Pan uważa, że właśnie tak powinno być? Niektórzy twierdzą, że firmy z tym przesadzają.

Wally Olins: Tak. Myślę, że współpraca stała się bardzo ważnym czynnikiem w życiu kapitalistycznych społeczeństw. I firmy nie mogą zwyczajnie założyć, że są tylko maszynkami do robienia pieniędzy. Dziś spółki są poddawane wyjątkowo silnej presji. Inwestor z londyńskiego City chce, żeby firma przynosiła zyski, i to jak najwyższe. Pracownik firmy chce być świetnie wynagradzany i mieć jak najlepsze warunki pracy. Klient z kolei chce mieć tani produkt i, co ważne, produkt wysokiej jakości. A do tego dochodzą organizacje ekologiczne, które domagają się od firm dobrego traktowania środowiska. Wszystkie te naciski są ze sobą sprzeczne. Chcesz osiągać bardzo duże zyski bardzo szybko? No to nie płać ludziom zbyt dużo i nie przejmuj się środowiskiem, bo to najszybsza droga. Jeżeli firma weźmie sobie do serca protesty obrońców przyrody i zacznie produkować ekologicznie, to produkt może być znacznie droższy. A kto to kupi? Jeżeli tak się stanie, akcjonariusze będą niezadowoleni, a konkurencja przyjdzie do producenta z ofertą przejęcia. Współpraca jest ważna, ponieważ pozwala zrównoważyć te wszystkie sprzeczności.

Na świecie szerokim echem odbiła się książka “No logo”. Jej autorka atakuje wielkie korporacje, ich strategie badawcze i marketingowe oraz wykorzystywanie taniej siły roboczej w krajach Trzeciego Świata. Co Pan myśli o tej książce?

- Sądzę, że Naomi Klein jest wyjątkowo inteligentną i bardzo uwodzicielską pisarką. Książka jest niezwykle ciekawa, ale wcale nie atakuje samych marek, lecz współpracę między nimi. Ona atakuje globalny system, nie oferując żadnej alternatywy, i nie mówi, co powinno być zrobione zamiast tego wszystkiego. To bardzo interesująca, ale całkowicie destrukcyjna praca.

A więc Klein krytykuje ideę współpracy, którą Pan lansuje?

- Nie tylko. Ona zakłada, iż my jesteśmy tak głupi, że kupimy wszystko, co nam wciskają. To nie jest dobre, bo obraża ludzki intelekt. Jej książka mówi: “Jesteś takim głupcem, że dasz się namówić do picia coca-coli, nawet jeśli jej nie lubisz. Można cię przekonać do kupowania rzeczy, których nie chcesz i nie potrzebujesz, bo nie rozumiesz, co czynisz”. Ja w to nie wierzę. Zawsze uważałem i uważam, że kupujemy tylko te produkty, których chcemy i które lubimy. Wydaje mi się, że autorce “No Logo” trudno zaakceptować fakt, że ludzie po prostu lubią coca-colę.

No nie. Ona podkreśla, że są konsumenci całkowicie świadomi decyzji, które podejmują. I nie jesteśmy wcale głupi.

- Czy ja powiedziałem, że takich ludzi nie ma? Załóżmy, że kupuję butelkę wody. Mieszkam w Anglii i kupuję wodę ze Szkocji, Walii czy Francji. Mogę nawet kupić wodę z Polski. Wiem doskonale, że jak zdejmę z butelek nakrętki i wyleję te wody do szklanek, to ich nie rozróżnię. No, może trochę Więc dlaczego płacę za wodę, której nie rozróżniam? Czy to oznacza, że jestem głupi? Wcale nie. Kupowanie takiej wody mnie bawi, to jest przyjemne, lubię to. I chcę to robić. A Naomi Klein zakłada, że producent ma nad nami całkowitą władzę. To nie jest tak, bo możemy przestać kupować jego produkty i odejść. Pan odejdzie, ja odejdę, jeszcze parę osób odejdzie A jeżeli pójdzie to w setki tysięcy albo miliony osób, firma przestanie istnieć. Uważam, że to nie firma rządzi, ale konsument. Na pewno nie żyjemy w świecie totalitarnym, w którym jakaś firma czy grupa firm dyktuje nam, jak mamy się zachowywać.

Czy powinniśmy wobec tego być przygotowani na gwałtowny rozwój ruchów antykorporacyjnych i antyglobalistycznych?

- Tak, oczywiście.

Dlaczego? Skąd ten bunt? Chyba nie z powodu jednej książki?

- Na pewno nie. Dzieje się tak dlatego, że ludzie mają krytyczne przemyślenia na temat kapitalizmu. Bo niewątpliwie możemy powiedzieć o tym systemie, że jest chciwy, samolubny i stymuluje w ludziach właśnie takie zachowania. To prawda. Przy wszystkich swych wadach kapitalizm jest samoregulującym się systemem i to jest cenne, bo to jednak ludzie decydują o losach firm.

Pracowałem w wielu dużych firmach i zauważyłem pewną prawidłowość. Gdy firma zaczyna myśleć, że sama nad wszystkim znakomicie panuje, to jest początek jej upadku.

Jest pogląd, że młodzież staje się zmęczona dużymi, mocnymi i bardzo prestiżowymi markami. Młodzi szukają czegoś nowego - mniejszego i skromniejszego. Czy nie oznacza to, że duże marki są w tarapatach?

- Wbrew pozorom jedno nie neguje drugiego. Pokolenie lat 70. było buntownicze, wyzwolone, długowłose i nosiło Levi’s. To była ich marka. Dzisiejsza młodzież odbiera Levi’s jako markę nudną i zbyt tradycyjną. Dlaczego? Bo ich rodzice nosili levisy! To prawda, w marketingu wiele się zmienia, ale natura ludzka jest na ogół ta sama. Pokolenie dzieci odrzuca modę pokolenia ojców i tworzy coś własnego albo to samo, co było, tylko inaczej. W Polsce macie teraz pierwsze pokolenie, które po raz pierwszy od wielu lat widzi różnorodność produktów i marek. To sprawia przyjemność. Natomiast kolejne pokolenie powie zapewne, że nie warto zbyt mocno koncentrować się na rzeczach materialnych i trzeba pomyśleć o dobroczynności, ludziach chorych i biednych. A marki są wykorzystywane i będą wykorzystywane w coraz większym stopniu na wszystkich tych obszarach. Niektóre z największych na świecie marek nie sprzedają niczego, np. Czerwony Krzyż.

Czerwony Krzyż?

- Tak. Lekarze Bez Granic, Amnesty International, Christian Aid - to są wspaniałe marki. Jest jeszcze coś ważnego, o czym Naomi Klein nie wspomniała w swojej książce, bo nawet nie pomyślała o tym. Otóż komercyjne marki są mieszanką funkcji i emocji. Kupujesz markę nie tylko z potrzeby, ale też dlatego, że ją lubisz. Rzecz niesie ze sobą jakiś ładunek emocjonalny. Marki organizacji dobroczynnych są pozbawione tej półkuli funkcjonalnej i są czystą emocją. Można by powiedzieć, że człowiek wydaje pieniądze na jakiś cel, ale nie dostaje nic w zamian. Jednak nie do końca, bo dostaje uczucie i dzieli się nim z innymi. Wpina sobie do klapy czerwony krzyżyk i czuje, że zrobił dobrą robotę. To ogromny prezent psychologiczny. A ty możesz coś ofiarować dopiero wtedy, gdy marka cię pociąga.

Wspomniał Pan o marce Levi’s, która traci atrakcyjność wśród młodych. A przecież takie marki jak Coca-Cola czy Pepsi są wielogeneracyjne. Te napoje pili ojcowie, ale piją też ich dzieci i jakoś im się nie nudzą.

- Myślę, że wszystko się kiedyś kończy, także McDonald’s, Coca-Cola czy Pepsi. Wszystkie marki mają swój cykl życiowy i wszystkie kiedyś umrą. Nie wiem, kiedy umrze Coca-Cola, ale będzie ona powoli i stopniowo więdnąć. Może zajmie jej to kolejne sto lat, kto wie? Ale Coca-Cola to inteligentna firma i oferuje wiele innych marek.

Załóżmy jednak, że Red Bull czy Gatorade są pańskimi ulubionymi markami i pańskie pokolenie nie chce Coca-Coli. Ale nie wiadomo, jak na nią będą reagować następne pokolenia. I czy nie odrodzi się ona w innym kształcie, jak to często z markami bywa.

Co Pan sądzi o nastawieniu młodzieży wobec etycznego marketingu?

- Młodzież jest świetna, bo - niezależnie od pokolenia - nie chce być cyniczna. I nie chce, by ludzie zachowywali się w ten sposób. Tak jest zawsze. Młodzi chcą etycznego marketingu, a inteligentne firmy ich słuchają. Jednak musimy pamiętać, że firmy znajdują się pod ogromnym naciskiem, który wywierają na nich m.in. inwestorzy.

I co mają robić koncerny?

- Zrozumieć to. Spójrzmy choćby na Anitę Roddick, założycielkę Body Shop. Zrozumiała ona, tworząc swoją firmę pod koniec lat 70., że młode kobiety w wieku 17-25 lat szukają naturalnych kosmetyków. Które nie miałyby nic wspólnego z testami na zwierzętach i przypominałyby proste, niemal pierwotne życie. Np. życie brazylijskich Indian w Amazonii. Ona to wiedziała, bo rozmawiała z młodymi kobietami, które ciągle jej to powtarzały. To było bardzo ważne i mądre - dotrzeć do konkretnego pokolenia ludzi i zapoczątkować cały ruch albo modę, która staje się coraz mocniejsza.

Co ciekawe, gdy Body Shop wszedł na giełdę, wszyscy mówili: “E-e-e tam! Po pierwsze, ona nie zrobi takich kosmetyków. Po drugie, jeżeli nawet zrobi, to zyski nie będą zbyt wysokie, bo taki towar dużo kosztuje. Po trzecie, to długo nie potrwa”. Okazało się, że wszystkie te tezy były mylne. Ona produkuje naturalne kosmetyki, generuje zyski, a jej wyroby wciąż się sprzedają. Nie chodzi mi o to, że Body Shop jest cudowną firmą, lecz o to, że uważnie słucha ludzi.

W coraz mniejszym stopniu ufamy reklamie, bo kreuje wizerunek idealny. A idealnych rzeczy - jak wiadomo - nie ma. Czy przekaz reklamowy ma dziś jeszcze coś wspólnego z rzeczywistością?

- Przekaz reklamowy nigdy nie miał nic wspólnego z rzeczywistością czy prawdą. To zawsze był jakiś rodzaj wyolbrzymienia.

Czyli etyka w marketingu jest mitem?

- Wcale nie! Popatrzmy na Caterpillar. Ta spółka produkuje ciężki sprzęt: dźwigi, traktory, ciężarówki, spychacze, silniki, grzejniki itp. Ale sprzedaje też odzież: kurtki, buty czy czapeczki. Gdyby się zastanowić, to czy można myśleć o tym poważnie choćby przez chwilę? W jaki sposób ich doświadczenie w produkcji sprzętu przekłada się na odzież? Co ma jedno z drugim wspólnego? To w ogóle nie jest logiczne, prawda? Ale sęk w tym, że wcale nie musi być! Bo to jest logiczne emocjonalnie. Chodzi o niezawodność i wytrzymałość. Jeżeli oni robią mocny sprzęt, który jest w stanie pruć asfalt, to z pewnością potrafią wyprodukować wytrzymałe buty. Chcę przez to powiedzieć, że logika marketingu wcale nie musi być racjonalna, gdyż odnosi się do naszej wyobraźni.

Ludzie od marketingu nie mówią prawdy i nigdy tego nie robili. Prawdziwy jest natomiast nasz stosunek, nasze nastawienie do rzeczy. Mówiąc o marketingu, nie zawsze mówimy o tym, co robimy, lecz o tym, jakie mamy do tego nastawienie. Prawda nie ma tu nic do rzeczy.

Co do zaufania wobec marki, to sprawa jest dość prosta. Marki w całości są budowane na naszym zaufaniu. I nie mają innego kapitału. Gdy znika zaufanie, kończy się marka. Andersen był potężną marką, ale stracił zaufanie. I gdzie jest dziś?

No to nie rozumiem Z tego, co Pan mówi, wynika, że firma jednak nie powinna kłamać.

- Nie chodzi o kłamstwa. Reklama to rodzaj wyolbrzymienia, to opowiadanie historii i nic więcej. Przez cały czas pan próbuje zakomunikować mi pewną bardzo ważną rzecz: że kupuje pan produkt na podstawie użyteczności, ceny i jakości. O to panu chodzi. Podstawą pańskiej argumentacji jest funkcja produktu. A ja powiem tak: mówi pan o tym, ale to nie jest to, czego pan naprawdę chce. Jakim samochodem pan jeździ?

Nie mam samochodu.

- Ale gdyby pan kupował teraz samochód, to jaki by pan wybrał?

Nie wiem. Prawdopodobnie terenowy, np. land rover.

- Dlaczego potrzebuje pan terenowca? Gdzie pan jeździ, że chce pan mieć taki samochód?

Bo mam dziecko i chcę mieć duże auto. Poza tym moi rodzice i teściowie mieszkają w takich miejscach, gdzie nie zawsze jest łatwo dojechać zwykłym samochodem.

- Świetna racjonalizacja! Rozumiem tę potrzebę, ale - wydaje mi się - że tak naprawdę potrzebuje pan terenowca po to, by jeździć nim po Warszawie i pokazywać wszystkim, jaki to piękny ma pan samochód. Terenowe auta sprzedają się dobrze, ale nie każdy, kto je kupuje, ma rodzinę w trudno dostępnych miejscach. Ci ludzie najczęściej wożą nimi dzieci do szkoły. A kobiety często siadają za kierownicą terenowca w krótszych spódnicach i demonstrują swoje nogi. Tak to jest! Tak naprawdę nie potrzebuje pan tego cholernego terenowca.

Tylko częściowo kupujemy rzeczy z powodów funkcjonalnych. Po części kupujemy też z powodów emocjonalnych. Jeżeli nalega pan, że rzeczywistość jest funkcjonalna, to ignoruje pan swoje uczucia. A na nich właśnie bazuje dobroczynność. Nie ma materialnego powodu, żeby ofiarować 30 euro dla głodnych dzieci w Burundi. Żadnego materialnego powodu, ale to potrzeba emocjonalna.

Czy bunt też jest marką? Ruchy antyglobalistyczne i antykorporacyjne też mogą być markami do sprzedania?

- Nie wiem, czy byłyby z tego marki. Ale wiele osób wychodzi na ulice protestować, bo myśli, że to dobra zabawa. Fajnie jest iść w tłumie i wrzeszczeć coś w rodzaju “precz z Ameryką!”, “precz z chłamem!”. Dzieciaki to uwielbiają.

Ale czy duże firmy mogą to wykorzystać? Przecież sporo biorą z ulicy. Np. MTV czasem sięga po muzykę z ulicy i ma dokładnie rozpisany cykl życia swego produktu.

- Takich marek nie jest dużo, ale ciekawe jest co innego. Często zwykłe komercyjne marki są wykorzystywane przez ulicę w zupełnie innym celu. Mówi pan o tych ludziach z MTV, którzy badają i kreują. Czy sprawiają wrażenie takich, którzy panują nad tym, co robią?

Bardzo często.

- Otóż moim zdaniem najczęściej nie. Wiele osób myśli, że panuje nad marką, ale nie ja. Nad marką panują ci, którzy ją kupują, a nie żadni spece od marketingu. Wspomniał pan o marce Land Rover. Był to pierwszy samochód w swojej kategorii, ale firma nawet nie wiedziała, że stworzyła “terenowca”, i nie miała pojęcia o tym, co to jest. Złapanie tego trendu zajęło jej 30 lat, bo na początku to był zwykły samochód dla rolników i tak był przedstawiany.

Cała armia marketingowców powtarza nam: “zrobiliśmy to, zrobiliśmy tamto albo kontrolujemy to”. Brałem udział w wielu znanych projektach marketingowych, które zakończyły się sukcesem, ale moim zdaniem w tej dziedzinie znacznie więcej można nauczyć się z porażek niż z sukcesów. Bo porażka na pewno pokaże, co zrobiono źle, sukces - szczególnie ten duży - zawsze jest pochodną wielu czynników i nigdy nie wiadomo do końca, co zadziałało. Kiedyś pracowałem dla sieci telefonii komórkowej Orange i był to najbardziej udany start produktu. I każdy myślał, że to będzie sukces, ale mogło się też nie udać.

Czy możliwy jest dziś w Europie bunt młodzieży podobny do tego, jaki wstrząsnął Paryżem w 1968 roku? W Polsce popularny jest punkt widzenia, że bunt jest domeną sytych społeczeństw.

- Tak. Może nie w identycznej formie, ale tak. Nie sądzę natomiast, żeby miało się to wydarzyć w Polsce, ale trzeba pamiętać, że w 1968 roku Francja nie była tak bogatym społeczeństwem jak dziś. Natura ludzka się nie zmienia. Nie zmienia się też relacja młodzieży wobec osób starszych. Zmienił się natomiast nasz świat, który jest teraz znacznie bardziej bogaty niż kiedyś. Sądzę natomiast, że młodzi będą w coraz większym stopniu uczuleni na punkcie społecznego wymiaru systemu kapitalistycznego. I dlatego marki będą coraz częściej przenosić się do tego właśnie wymiaru - do sportu, do kultury, do dobroczynności, do badań onkologicznych. Gdy społeczeństwo staje się bogatsze, wymiar dawania jest ważniejszy.

Pracował Pan zarówno dla firm, jak i dla państw. Kiedy do Pana zwykle zwracają się o pomoc? W jakich sytuacjach?

- Rządy potrzebują mojej pomocy wtedy, gdy czują, że idee, dla których trwają, i natura ludzi, których reprezentują, nie są tak naprawdę rozumiane w dzisiejszym świecie, a wizerunek nacji staje się gorszy niż jej rzeczywistość. Co to oznacza? Ano to, że takie kraje stają się niekonkurencyjne w przyciąganiu do siebie turystów, inwestorów i sprzedawaniu swoich produktów za granicą. To jest jeden powód. Drugim powodem są wpływy polityczne, których szukają wszystkie rządy. Politycy wiedzą, że mogą pracować na wizerunek swego narodu tylko wtedy, gdy sami są wpływowi.

Firma BNA z grupy Corporate Profiles DDB stworzyła niedawno narodowy znak Polski z latawcem. Jednak poza nim na razie nie mamy wyraźnej marki jako kraj. Czego Polska potrzebuje, żeby to zmienić? Co Pan myśli o naszym marketingu narodowym?

- Wraz ze zmianami rzeczywistości oraz rządów w danym kraju, a także wraz ze zmianami w otaczającym świecie zmian wymaga i wizerunek kraju. Polska przeżyła sporo zmian rządów w ostatnich latach, a teraz pokazuje siebie jako ważnego przedstawiciela grupy państw zachodnioeuropejskich. Wkrótce wszystko się wyrówna, gdy wstąpi ona do UE. Jednak wizerunki wielu krajów na całym świecie są wciąż powiązane z przeszłością. Wielu ludzi na Zachodzie nie rozróżnia byłych państw socjalistycznych. Oni nie wiedzą, kto jest duży, a kto mały, kto silny, a kto słaby, kto stabilny, a kto niestabilny. Ci ludzie nie mają jasnych wyobrażeń o kulturze krajów z byłego bloku socjalistycznego.

Jako duży i potencjalnie ważny członek Unii Europejskiej Polska potrzebuje jasnej koncepcji tego, czym jest w wymiarze kulturalnym, sportowym, handlowym, religijnym, filmowym i literackim. W każdym wymiarze swego istnienia. To długi proces, który wymaga przywództwa. Oznacza to, że wszystkie dźwignie używane przez Polskę do autoreprezentacji muszą być dopasowane do siebie. Stworzenie narodowego loga nie jest samo w sobie zbyt użyteczne. Jednak może posłużyć za jednoczący symbol, o ile system zarządzania całym wizerunkiem jest już zbudowany.

Źródło: Gazeta.pl

Komentarze

Coraz drożsi i lepsi polscy specjaliści

Data: 11 lipca 2008. Autor: admin.
Kategoria: biznes.

Jakość usług świadczonych przez polskich specjalistów jest coraz bardziej ceniona w Europie - podaje Rp.pl.

 

- Choć trzeba im zapłacić więcej niż jeszcze przed rokiem, wcale nie odstrasza to zachodnich inwestorów – mówi Joanna Piec-Gajewska, ekspert portalu Praca.pl.

Z raportu firmy Hays Poland wynika,  że specjaliści w Polsce są drożsi niż rok temu. Wzrost oczekiwań i płac specjalistów jest widoczny w sześciu najważniejszych sektorach gospodarki.

Rp.pl informuje również, że w ciągu ostatnich dwóch lat dokonał się największy skok w liczbie inwestycji zagranicznych. W 2006 r. firmy zagraniczne zainwestowały w Polsce ponad 15 mld euro (rok wcześniej 8 mld), a w 2007 niespełna 13 mld - podaje Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych.

W branży IT i telekomunikacyjnej wynagrodzenia maksymalne wzrosły o około 10-20 proc. rocznie. W sektorze budownictwa i nieruchomości wzrost płac w ostatnim roku sięgnął blisko 35 proc. (szczególnie na Śląsku oraz w województwach dolnośląskim i pomorskim).

Osoby zatrudniane w produkcji mogły liczyć na wzrost wynagrodzenia nawet do 50 proc., pod warunkiem posiadania wąskiej specjalności zawodowej i posiadania unikalnych kompetencji.

Raport, opracowany na podstawie danych zebranych od września 2007 r. do maja 2008 r., zawiera informacje o wynagrodzeniach na ponad 120 stanowiskach specjalistów i kadry zarządzającej.

Żródło: Rzeczpospolita

Komentarze